Jak zrobić woskowijki

Oczywiście w Internecie można znaleźć sporo informacji o tym, jak zrobić woskowijki. O czym więc tu pisać i w zasadzie po co, skoro można obejrzeć film i zobaczyć, jak to się robi? Dlatego, że jak to zwykle bywa, w Internecie rzeczywistość jest jakby piękniejsza, a w praktyce, no cóż… W każdym razie przeczytaj ten artykuł, zanim zdecydujesz się na woskowijki DIY, czyli zrób to sam.

Jeśli już koniecznie musisz zrobić swoje własne woskowijki, na samym dole znajdziesz linki do produktów.

Co jest potrzebne, żeby zrobić woskowijki?

  • cienka bawełna – nie ma problemu, w domu zawsze się coś znajdzie, w końcu ma być ekologicznie, czyli wykorzystujemy stare koszulki, szmatki itp.

  • wosk – nawet nie trzeba zamawiać przez Internet, bo lokalnie łatwo go dostać, chyba, że naprawdę nie znasz żadnej osoby, która zna kogoś, kto zajmuje się pszczołami i miodem

  • olej jojoba – drogi i trudno dostać ekologiczny z certyfikatem, olej z napisem „ekologiczny” znajdziesz bez problemu

  • żywica sosnowa – praktycznie nie do kupienia w Polsce, choć jest jeden sklep, w którym jest dostępna, ale jest jeszcze inny problem, o którym za chwilę

  • nożyczki zygzak, papier do pieczenia, naczynie żaroodporne lub żelazko

Woskowijki – jak zrobić krok po kroku

1. Wycinamy nożyczkami zygzak kwadrat, prostokąt lub kółko z wybranego materiału. Rozmiary w zależności od potrzeb. Największe woskowijki używane są do chleba, najmniejsze do połówki cytryny czy awokado.

2. Do naczynia żaroodpornego wkładamy trochę wosku, trochę oleju jojoba i trochę żywicy. Rozpuszczamy w piekarniku (uwaga nie za długo). Jest też sposób z papierem do pieczenia i żelazkiem.

3. Wyjmujemy wosk z piekarnika i zanurzamy materiał, tak aby cały został pokryty woskiem.

Jeśli ktoś potrzebuje konkretnych proporcji, łatwo je znaleźć w Internecie. Najlepiej wyszukać filmik na YouTube i wybrać technikę, która najbardziej nam odpowiada.

Woskowijki DIY – problemy, o których nikt nie mówi

Specjalnie nie opisuję dokładnej techniki, jak zrobić woskowijki, bo po prostu uważam, że nie warto. Nie tylko ze względu na koszty, ale też dlatego, że efekt końcowy pozostawia wiele do życzenia.

1. Jeśli woskowijki mają ładnie wyglądać, potrzebne są nożyczki typu zygzak, czyli nożyczki, dzięki którym brzegi materiału się nie strzępią. To dodatkowe pieniądze wydane na coś, co w codziennym życiu nie jest potrzebne, chyba, że szyjesz lub regularnie robisz różne rzeczy z materiału.

2. Żywica sosnowa nie rozpuszcza się. W Polsce można ją kupić tylko w kawałkach (grudkach), które mieszasz i mieszasz i dalej nie łączą się z woskiem. Jeśli nie rozpuścisz żywicy, jej kawałki będą widoczne na materiale.

3. Żywica, mówiąc delikatnie, nie pachnie uroczo. Wydawać by się mogło, że zapach lasu itd. Nic z tych rzeczy. Po kilku dniach zapach zaczyna bardzo przeszkadzać. 

4. Bez żywicy sosnowej woskowijka się nie „klei” i nie trzyma naczynia. Można znaleźć informacje, że żywica nie jest konieczna, ale to nie prawda. Zrobiłam
woskowijkę z żywicą i choć kiepsko się rozpuściła, to jednak swoją funkcję
spełniała. Sam wosk i olej jojoba w ogóle się nie sprawdził.

5. Domowa woskowijka zostawia tłuste ślady na naczyniach. Woskowijka ze sklepu internetowego – nie. Jak oni to robią? Podobno też ręcznie. Jeśli chcesz kupić woskowijkę ze względu na środowisko i ideę zero waste, raczej nie kupuj jej na Amazonie. Są tam piękne zestawy, które wyglądają bardzo eko, ale większość tych produktów to robota Chińczyków.

Jak zrobić woskowijki
Duża woskowijka na chleb

Jak zrobić woskowijki – podsumowanie

Wyrzuciłam woskowijki, które zrobiłam w domu. Tłuste, zapach odpychający, drogie. I nożyczki zygzak mi zostały. Może jeszcze coś nimi wytnę?

Jeśli miałabym zrobić drugą próbę, to na pewno nie kupiłabym wszystkich składników osobno, bo to się po prostu nie opłaca. Kiedy już wyczyściłam kuchnię z pozostałości wosku, o ironio znalazłam w Internecie gotowy zestaw do zrobienia woskowijek. Ktoś pomyślał, że można łatwiej i rozpuścił wosk, żywicę i jojoba i radzę w taki gotowy zestaw się zaopatrzyć, żeby uniknąć kosztów i zaoszczędzić czas.

Jeśli po przeczytaniu tego artykułu, nadal masz ochotę zrobić woskowijki w domu, tutaj są linki do potrzebnych produktów:

nożyczki zygzak

gotowy zestaw produktów

woskowijka, którą kupiłam, żeby porównać z woskowijką DIY (sprawdza się i nie wylądowała w koszu jak domowe)

 

Nad morzem bez glutenu: apartamenty nad morzem blisko plaży

Bałtyk glutenem stoi: gofry, lody w wafelku, zapiekanki, kanapki, budki z pączkami, kebab, pizza i oczywiście smażony dorsz w cieście. I nie chodzi o to, że nie ma bezglutenowych restauracji (albo chociaż małego food trucka gluten-free), ale nad polskim morzem nie ma zdrowego jedzenia. Nawet jeśli mogłabym jeść gluten, to co mam zrobić z rybą, w której to co najbardziej wartościowe (czyli kwasy Omega-3) pochłonęła frytura w zamian oddając tłuszcze trans? Albo poszukiwania zaginionej świeżej sałatki. Ile się człowiek nachodzi, żeby taką znaleźć. Dobrze, że ruch to zdrowie a i jodu trochę więcej w czasie długich wędrówek się złapie. 😉 Nad Bałtykiem królują surówki! Można by pomyśleć Super! Surówka to prawie sałatka. Do czasu kiedy zauważamy samochód z napisem Zaopatrzenie Gastronomii i pana dostawcę, który do „restauracji” wnosi duże plastikowe wiadra z posiekaną kapustą, gumą ksantanową, skrobią modyfikowaną, glutaminianem sodu i morzem octu. Jeśli kiedykolwiek zastanawiałaś się, dlaczego od Krynicy Morskiej po Dziwnówek surówki smakują tak samo, to w takim niepozornym aucie dostawczym znajdziesz odpowiedź.

Blisko plaży, blisko morza

Ale nie żalę się, o nie! 😉 Nad polskim morzem może nie mają zdrowego i świeżego jedzenia, ale za to mają piękne, w pełni wyposażone apartamenty na wynajem. A w takim apartamencie jest praktycznie wszystko, żeby przygotować sobie bezglutenowy posiłek. Wiem, że gotowanie na wakacjach zmniejsza nam kobietom radość z wypoczynku, ale można to sobie tak zorganizować, żeby nie stać długo przy garach. A nowoczesny apartament z fajną kuchnią bardzo ułatwia sprawę.

Dobrze by też było, żeby taki apartament znajdował się dość blisko morza. Widzę naprawdę mnóstwo „wielbłądów” nad Bałtykiem. 😉 Parawan, parasol, koc, ręczniki, wiaderko na słoną wodę, grabki, łopatka, inne niezbędne zabawki, picie, krem do opalania, owocki, piłka. I kto to wszystko taszczy na plażę? Niech chociaż będzie blisko.

Apartamenty nad morzem blisko plaży

Miało być więcej miejscowości i więcej uroczych apartamentów nad morzem. Miało… Wpis niestety dość krótki, ponieważ na mój e-mail z prośbą o przesłanie zdjęcia do artykułu odpowiedziało zaledwie kilka osób. Tym bardziej dziękuję tym właścicielom apartamentów, którzy znaleźli czas, żeby odpisać.

Apartament APFORTY4YOU – Ustronie Morskie

Apartament nad morzem Forty4You

Do plaży tylko 50 m. Nowoczesny apartament ze ślicznie urządzonym salonem i ładnym widokiem z balkonu. W budynku sauny, siłownia, jacuzzi i sala zabaw dla dzieci. Więcej zdjęć tutaj.

Apartamenty Blue Baltic – Pogorzelica

Apartament nad morzem Pogorzelica
Apartament nad morzem Pogorzelica

Ok. 300 m od plaży. Na zdjęciach apartament Mewa urządzony w pięknych, nadmorskich kolorach. Apartament znajduje się na terenie nowoczesnego kompleksu. Więcej zdjęć i apartamentów Blue Baltic tutaj.

Apartamenty Na Klifie – Ustronie Morskie

Apartamenty na Klifie

Bezpośrednio nad plażą. Widoki z okien niesamowite. Wnętrza nowocześnie urządzone i komfortowe. Apartamenty różnią się wyposażeniem, więc jeśli zależy Ci np. na piekarniku, upewnij się przed rezerwacją, że wybrany apartament go posiada. Więcej zdjęć i apartamentów w tym budynku znajdziesz tutaj.

Apartament z tarasem Plaza 22 – Rogowo

Apartament nad morzem blisko plaży
Apartamenty nad morzem blisko plaży

Do plaży tylko 60 m. Piękny, przestronny i jasny apartament. Aż 3 sypialnie, więc idealny dla większej grupy. Ogród, basen i plac zabaw. Duży taras i dużo zieleni wokół. Więcej zdjęć tutaj. (4.07 – mam informację, że właśnie zwolnił się termin 31.07-11.08 – szybka rezerwacja tutaj).

Apartament Patrycja Dwie Sosny – Ustronie Morskie

Apartament blisko plaży Ustronie Morskie
Apartamenty blisko plaży Ustronie Morskie

Bardzo blisko plaży (ok. 50 m). Ciekawy i nowoczesny design. Przestronne wnętrze i świetny taras. Więcej zdjęć tutaj.

Wrocław – plan zwiedzania, długi weekend majowy, we dwoje

Tegoroczny weekend majowy zapowiada się naprawdę świetnie. Można, przy odrobinie dobrego humoru szefa, wypoczywać bez przerwy aż 9 dni. Morze, góry, Mazury? City break! Pardon – w Polsce mówi się wycieczka do miasta? Jeśli pogoda nie dopisze, to przynajmniej jest co robić: muzea, galerie, kina, zabytkowe kościoły, koncerty, wystawy… Tylko trzeba wcześniej sprawdzić czy otwarte w święta. Jakiś czas temu, podczas Majówki, zwiedziliśmy więc Wrocław. Czym nas zaskoczył najbardziej? Oczywiście… cenami! Wrocław – EUROpejska Stolicy Kultury. Ale tak poza tym, pięknie, ciekawie i nie żałujemy ani centa tej wizyty. Co udało nam się zobaczyć w 4 dni? Plan zwiedzania Wrocławia obejmował, jak zwykle zresztą, dużo spacerów, bo lubimy kiedy miasto nas zaskakuje uroczymi uliczkami i zadbanymi skwerami. Zwiedzamy niespiesznie, podziwiamy architekturę i skanujemy wzrokiem tablice kredowe z nadzieją, że nasze oczy dostrzegą dwa niezwykle rzadko spotykane tam słowa – bez glutenu.

Wrocław Rynek

Bezglutenowe miejscówki

Sorrir – świetna lokalizacja przy jednej z uliczek prowadzących do Rynku. Dostępne różne miski typu acai bowl, fit koktajle oraz ciasta. Smoothie Spirulina & Chlorella smakowało rewelacyjnie.

Freshpoint w C.H. Pasaż Grunwaldzki – po drugiej stronie Odry (2,5 km od Rynku).

Bar-Restauracja Manufaktura Bezglutenowa – centrum, ale 1,5 km od Rynku.

Restauracja Patio – lokalizacja rewelacyjna. W menu dużo dań bezglutenowych i co równie ważne – są odpowiednio oznaczone. Można zarezerwować pokój w Hotelu Patio i zamówić śniadanie bezglutenowe (certyfikowane).

Bar Obiadomek – prawie 5 km od Rynku. Lepiej zadzwonić wcześniej i dopytać, bo niestety na Facebook’u informacji o daniach bezglutenowych brak.

Restauracja La Maddalena – blisko Rynku (nad Fosą Miejską). Menu na stronie mają, ale nie ma oznaczeń przy daniach, więc nie wiadomo, które są bezglutenowe.

Fajne apartamenty we Wrocławiu

Wrocław – plan zwiedzania –  Dzień 1

Po przyjeździe do Wrocławia, ruszyliśmy na Rynek. Oczywiście żaden, nawet najpiękniejszy rynek, nie zdobędzie już mojego serca, bo całe miejsce zajęte przez ten krakowski, ale wrocławskim również można się zachwycić. Kolorowe kamienice robią wrażenie, ale podziwiając renesansowe gzymsy, nie potknij się czasem o sympatycznego krasnala. Może Rynek we Wrocławiu nie taki piękny jak ten w Krakowie, ale pomysł z krasnalami świetny! Czy masz 5 lat, czy 60 – zdjęcie z krasnalem musi być. Można nawet pospacerować szlakiem krasnali (są aplikacje i mapki).

Dzień 2

Piękny Ostrów Tumski. Oczywiście piechotą i koniecznie przez Most Tumski. Niestety wstaliśmy za późno (choć jak na długi weekend majowy to i tak wcześnie), bo na moście już całkiem spory tłum. Z fajnego zdjęcia nici, więc przecisnęliśmy się przez selfie sticki i potem już na spokojnie pospacerowaliśmy po tej najstarszej części Wrocławia. Skusiliśmy się też na wejście do znajdującego się w obrębie Ostrowa Tumskiego Ogrodu Botanicznego. Pełen rozkwit roślinności miał dopiero nastąpić, więc możemy się tylko domyślać, że ogród najpiękniej wygląda końcem maja/początkiem czerwca.

Zwiedzanie Wrocławia – Dzień 3

Na przedostatni dzień pobytu zaplanowaliśmy wizytę we wrocławskim ogrodzie zoologicznym. Raczej nie chodzimy do zoo, ale uznaliśmy, że jedyne w Polsce Afrykarium chcemy zobaczyć. I jeśli już tam będziemy, to zoo również pozwiedzamy. Cóż można powiedzieć, inwestycja na EUROpejskim poziomie, tak samo jak ceny biletów, ale tzw. obsługa, czyli jak to zrobić mądrze i praktycznie, już niestety nie. Najpierw kolejka po bilety (ok, mogłam kupić przez Internet), a potem kilometrowa kolejka do samego Afrykarium. Był początek maja, akurat nie padało, jesteśmy zdrowi – możemy poczekać. Zapłaciliśmy, więc co innego nam pozostało. Ale czy naprawdę nie można tego inaczej rozwiązać? Co jeśli akurat jest ulewa? Albo upał? Co z osobami, którym zdrowie nie pozwala stać tak długo w jednym miejscu? Kiedy później z ciekawości zerknęłam na opinie o Afrykarium w Google, poczułam jednak ulgę. Ludzie piszą o 4-godzinnej(!) kolejce. My na szczęście tak długo nie musieliśmy czekać, choć w weekend majowy można by się tego spodziewać.

Ale nie ta kolejka była najgorsza. Kiedy już wreszcie dostaniesz się do słynnego Afrykarium – nie ma żadnej przyjemności ze zwiedzania. W środku jest tak dużo ludzi, że o normalnie przebiegającej wizycie można pomarzyć. Zawsze znajdą się tacy, dla których przepychanie się to nic takiego, ale jeśli chcesz się zachować kulturalnie, to po prostu mało zobaczysz albo znowu kolejka: tym razem do płaszczki lub hipopotama. Po wizycie w Afrykarium pospacerowaliśmy jeszcze chwilę po zoo, ale smutnie wyglądający niedźwiedź i pogorszenie pogody, sprawiło, że wróciliśmy tramwajem do centrum.

Dzień 4 – zielone w mieście

Wrocław Park Szczytnicki

Uwielbiamy parki i ogrody miejskie, więc koniecznie chcieliśmy jeszcze zobaczyć Ogród Japoński. Ogród Japoński znajduje się w tej samej okolicy co ZOO Wrocław i Afrykarium, więc zwiedzanie obu miejsc można połączyć i „odhaczyć” w jeden dzień. (Chyba, że kolejka do rekina się przedłuży.) 😉 A dosłownie rzut beretem jeszcze słynna Pergola, Hala Stulecia i Wrocławska Fontanna. Jest tam co robić, jeśli pogoda dopisuje.

Wstęp do Ogrodu Japońskiego jest płatny a sam ogród malutki. Owszem, uroczy i wprost stworzony na romantyczne randki, ale mimo wszystko byłam trochę rozczarowana.

Po wyjściu z ogrodu poszliśmy zobaczyć Pergolę i Halę Stulecia, ale tutaj również obyło się bez zachwytów. Wszystko pewnie wygląda tam dużo lepiej, kiedy wiosna w pełni.

Za to Park Szczytnicki, który praktycznie przylega do Ogrodu Japońskiego zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Niby zwykły park, ale wystarczy parę kroków, żeby poczuć się jak za miastem. Jeśli tłumy w Afrykarium Cię przytłoczą, ukojenie znajdziesz w położonym ok. 700 m dalej cichym i spokojnym Parku Szczytnickim.

I takim miłym, zielonym akcentem pożegnał nas Wrocław. Plan zwiedzania zrealizowany prawie w 100%. Niestety jak na weekend majowy było jeszcze dość chłodno. Miejsca, których nie udało się zobaczyć to m.in. mostek pokutnic (między wieżami kościoła Marii Magdaleny) i wieża widokowa Archikatedry św. Jana Chrzciciela (czynna od czerwca). Nie załapaliśmy się też na pokaz fontanny multimedialnej.

Zamek Czorsztyn-Niedzica – kiedy w Tatrach pada

Jezioro Czorsztyńskie: pod jednej stronie – Niedzica a po drugiej Czorsztyn. Na jednym brzegu – Zamek w Niedzicy (Zamek Dunajec), na drugim – Zamek Czorsztyn. Ten pierwszy jest naprawdę okazały, ten drugi to ruiny. Ale widoki z obu – przepiękne. Jeśli zrobiły na mnie takie wrażenie w pochmurny, deszczowy dzień, to mogę sobie tylko wyobrazić jak cudownie tam jest, kiedy świeci słońce a woda w jeziorze zmienia kolor na szmaragdowy. Tak, oba zamki da się bez pośpiechu zwiedzić w jeden dzień (chyba, że w sezonie są tam tłumy i korki, które nas na szczęście ominęły). Trasę pomiędzy Zamkami Czorsztyn-Niedzica można również pokonać w dużo przyjemniejszy (a jednocześnie bardziej romantyczny) sposób dzięki statkom pasażerskim i gondolom. Rejsy po jakimkolwiek akwenie niestety nie dla mnie, ale co kto lubi. 😉

Jezioro Czorsztyńskie

Jak trafiliśmy do Niedzicy i Czorsztyna?

Plan był oczywiście zupełnie inny. Ładny, drewniany domek w Tatrach i dużo spacerów łatwymi szlakami. Górskie szczyty skąpane w słońcu, przyjemny ciepły wiatr i przejrzyste powietrze zapewniające doskonałą widoczność.

Ech, tylko ten domek się udał. 😉 Zatrzymaliśmy się w Brzegach w przepięknym, drewnianym domu z widokiem na Tatry. Miejsce bardzo ciche, na wzgórzu. Owszem dziura – bez samochodu ani rusz, ale do odpoczynku idealnie. Brzegi znajdują się niedaleko Jurgowa i Bukowiny Tatrzańskiej. Białka Tatrzańska też całkiem blisko, Zakopane – ok. 20 km. Świetne miejsce wypadowe na narty i do term.

Dom nazywa się Nowe Miejsce Brzegi. Część przeznaczona dla gości to dwa apartamenty – jeden dla 2 osób, a drugi dla większej grupy. W głównej części budynku mieszkają właściciele. W mniejszym apartamencie (czyli w tym, który zarezerwowaliśmy) jest jeden duży pokój i łazienka. Ten pokój to tak naprawdę przestronne wnętrze z dobrze wyposażonym aneksem kuchennym, podwójnym łóżkiem, stołem jadalnym i krzesłami oraz wyjściem na balkon. Ktoś to tak mądrze zaprojektował, że w jednym pomieszczeniu mamy wszystko, co potrzeba, a jednocześnie jest bardzo estetycznie, przyjemnie i przytulnie. Apartament łączy elementy góralskie i tradycyjne dla regionu z nowoczesnymi, minimalistycznymi akcentami. Można powiedzieć – swojsko, ale na poziomie. Zapomniałabym napisać, że jest jeszcze spory przedpokój, więc w zimie nie będzie problemu, gdzie postawić narty, buty, itp. Walizki też można tam położyć, więc nie zagracają pięknej przestrzeni głównej apartamentu. Zdjęcia apartamentów tutaj.

Bardzo mi się tam podobało. Gdybym miała się czegoś „uczepić”, to tylko małego, balkonowego stolika, na którym nie udało się zmieścić całego śniadania. Ale sam balkon też nieduży, więc inaczej się nie da. Za to widoki wspaniałe! Większy apartament znajduje się niżej więc nie ma balkonu, ale z kolei jest taras a w środku kominek.

Punkt widokowy Czarna Góra

Punkt widokowy Czarna Góra Tatry

Niedaleko Brzegów, między Jurgowem a Białką Tatrzańską, znajduje się punkt widokowy na Czarnej Górze. Miejsce z parkingiem, więc wjeżdża się na samą górę i jest się na miejscu. Lubię przestrzeń – spędziliśmy tam późne popołudnie, siedząc na niewygodnej ławce i podziwiając rozległy, przepiękny widok na cztery strony świata. Cisza, spokój, kontemplacja jak mówi F. 😉 Inna Czarna Góra z punktem widokowym znajduje się w Stroniu Śląskim (Karkonosze), więc strzeżcie się miłe panie w nawigacji.

Na zamku w Czorsztynie i Niedzicy

Przyjechaliśmy do Brzegów, dosłownie przez chwilę cieszyliśmy się słoneczną pogodą, a potem przymusowa zmiana planów. Można oczywiście pojechać do Zakopanego, ale można też w przeciwną stronę. Zamki w Czorsztynie i Niedzicy przekonały nas bardziej niż zakopiańskie muzea i galerie, więc ruszyliśmy w kierunku Pienin.

Zamek Dunajec w Niedzicy znajduje się ok. 30 km od domku w Brzegach. W najbliższym otoczeniu oczywiście parkingi, wozownia, karczma i budki z regionalnym jedzeniem, np. gotowaną kukurydzą. 😉 KUUUkurydza gotowana! OOOrzeszki w karmelu! (Darłowo 2017). Zanim weszliśmy do Zamku, jeszcze krótki spacer po zaporze, z której można zrobić świetne zdjęcia.

Wnętrze Zamku dobrze zachowane i ciekawe, ale mnie oczywiście najbardziej interesują widoki, panoramy, krajobrazy i scenerie. Nie zawiodłam się.

Zamek Czorsztyn
Zamek Niedzica

A potem rundka wokół Jeziora Czorsztyńskiego i czas na drugi zamek – Zamek (a raczej ruiny) w Czorsztynie. Parking, a tuż obok budynek z toaletą. Jeśli ktoś nie miał jeszcze okazji sikać w stylu poprzedniej epoki – polecam. Idziesz do sklepiku z pamiątkami, prosisz o kluczyk, otwierasz sobie drzwi i już możesz korzystać. Na szczęście sama toaleta już nie gotycka. 😉

Do samego Zamku trzeba podejść, ale to bardzo przyjemny spacer przez las. Widoki moim zdaniem jeszcze piękniejsze niż na drugim brzegu.

Pogoda, jak widać na zdjęciach, niezbyt sprzyjała zwiedzaniu, ale przynajmniej udało się uciec tatrzańskim deszczom.

Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się tam wrócić, bo marzy mi się pobyt w tych domkach.

A na koniec Szczawnica

Po zwiedzeniu zamków Czorsztyn-Niedzica, uznaliśmy, że skoro już jesteśmy w Pieninach, to możemy jeszcze pojechać na krótki spacer do Szczawnicy. Bardzo ładna miejscowość, a szczególnie park. Niestety tam znowu zastał nas deszcz i zrobiło się też dość zimno, więc szybko, ale przestrzegając przepisów wróciliśmy do naszego przytulnego domku w Brzegach.

Szczawnica park
Szczawnica Uzdrowisko

Inne fajne miejsca nad Jeziorem Czorsztyńskim